''Recenzja'' - Autor

Wydawnictwo Otwarte, 360 stron

Mówi się, że umrzeć to zapomnieć, a jednak pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślałem, kiedy otworzyłem oczy, był moment mojej śmierci.

Diletta Mair wydaje się być zwyczajną licealistką wyróżniającą się z tłumu jedynie dzięki heterochromii, czyli różnobarwności tęczówek. Jednak są to tylko pozory, bowiem nastolatce daleko do normalności. Dziewczyna rejestruje obecność duchów. Do tej pory żyła według zasady: zachowywać się tak, jakby owe zjawy nie istniały. Pewnego dnia, w drodze do szkoły, Diletta wpada na Aloisa Petersena – chłopaka, z którym od roku chodzi do klasy. Podczas tego zdarzenia przypadkiem rani on nastolatkę. Niedługo później okazuje się, że nie była to zwyczajna rana, a Alois nie jest zwyczajnym chłopakiem. Petersen jest Lilim – istotą, która po śmierci trafiła do Panteonu. Drugiego października 2003 roku ma miejsce wypadek, w którym ginie Diletta. Dziewczyna trafia do Panteonu i staje się Lilim. Od tego momentu wszystko się zmienia...

Dziewczyno, śmierć nie jest tak daleko, jak sądzisz.

Belén Martínez Sánchez jest młodą hiszpańską pisarką, laureatką konkursu literackiego na najlepszą powieść młodzieżową. Dzień, w którym umarłam jest jej debiutem literackim.




Głównymi bohaterami powieści są Diletta i Alois, czyli dwie najbardziej irytujące postacie z jakimi kiedykolwiek miałam styczność. Dziewczyna była jedną wielką życiową niezdarą. Ciągle krzyczała, płakała, przewracała się, potykała o własne nogi, wpadała na kogoś. Była nie do zniesienia i momentami miałam wrażenie, że ma ujemny iloraz inteligencji. Była strasznie infantylna i niezdarna, czasem jak się odezwała po prostu ręce opadały. Niektóre z jej zachowań byłam jednak w stanie zrozumieć, w końcu ciągu kilku tygodni jej życie przewróciło się do góry nogami, dowiedziała się, że chłopak, z którym od roku chodziła do klasy nie żyje, a potem sama umarła. A czego nie byłam w stanie zrozumieć? Całej kreacji Aloisa. Autorka chciała chyba zrobić z niego typowego dla tego rodzaju młodzieżówek bad boy'a, ale trochę przesadziła. Chłopak był po prostu chamem, prostakiem i do tego egoistą. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy nazwał Dilettę pieprzoną debilką, to wyrażenie przewijało się dosłownie na co drugiej stronie książki. Poza tym, odniosłam wrażenie, że nie widział niczego poza czubkiem własnego nosa, był strasznie odpychający i arogancki w stosunku do innych. Nie wspominając już o jego ego, które było chyba nieskończone, zupełnie jak głupota Diletty.

- Idiota - wycedziła. - Brakuje ci nawet podstaw dobrego wychowania.
- Co ty nie powiesz. Nikt mi tego nie zarzucił... w ciągu ostatnich dwóch minut.

Jeśli chodzi o fabułę to nie miałabym zastrzeżeń gdyby nie to, że wszystko w tej książce jest okropnie schematyczne. Mamy nieśmiałą dziewczynę, bad boy'a, pewnego dnia na siebie wpadają, ona dowiaduje się kim on naprawdę jest, coś zaczyna się dziać, zakochują się w sobie, bla bla bla. Nie trzeba daleko szukać, żeby znaleźć coś bardzo podobnego, bo taki schemat przewija się bardzo często w różnych młodzieżówkach. Przez to książka była niestety bardzo przewidywalna. Mało co mnie tam zaskakiwało i właściwie byłam w stanie stwierdzić, co stanie się za kilka stron. Poza tym, strasznie drażniły się przewijające się ciągle wyzwiska. Nie mam nic przeciwko, jeśli pojawiają się od czasu do czasu, ale w Dniu... nie było chyba strony bez jakiegoś debila czy idiotki. Dodatkowo irytował mnie styl pisania, który wydał mi się do bólu prosty przez co odniosłam wrażenie, że autorka sama nie wiedziała co chce przekazać.

Książka została napisana z perspektywy Diletty i Aloisa. Był to moim zdaniem duży błąd ze strony autorki, bo odebrało to tej powieści swego rodzaju tajemniczość. Dużo bardziej wolałam fragmenty napisane oczami dziewczyny i uważam, że książka byłaby dużo lepsza gdyby została w całości napisana tylko z perspektywy Diletty, bo dzięki temu wszystko nie byłoby aż tak nużące i przewidywalne. Przez to też powieść nie buduje napięcia, bo wszystko co mogłoby zainteresować czytelnika zostaje zaraz wyjaśnione przez Aloisa i momentami czułam się nieco przez to zgaszona i zawiedziona.

Potwierdza się opinia, którą wyrobiłem sobie na temat mieszkańców tego świata: nierzadko przyprawiają o mdłości.

Dzień, w którym umarłam to bardzo banalna i schematyczna młodzieżówka, których można znaleźć wiele na rynku książkowym. Przeczytałam tę powieść dosyć szybko, głównie dzięki mało skomplikowanej fabule, choć przyznaję, że czasem miałam ochotę zostawić ją w spokoju, bo strasznie irytowała mnie głupota bohaterów, tak samo jak powtarzające się niemal na każdej stronie wyzwiska. Cóż, jeśli ktoś lubi tego typu książki, może sięgnąć po Dzień..., ale jeśli wolicie sobie odpuścić tę pozycję to wiele nie tracicie.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki bardzo dziękuję wydawnictwu HarperCollins Polska.

''Recenzja'' - Autorka


Emma popełniła samobójstwo, a o jej śmierć została oskarżona Sara Wharton i troje innych uczniów liceum. Panna Wharton, pomimo tego, że jest jedną z osób, które zostały obarczone winą za śmierć dziewczyny, nie czuje się w żaden sposób winna temu, co się wydarzyło. Sara jest napiętnowana przez rówieśników i mieszkańców miasta jako jedna z osób, które przyczyniły się do tragicznej śmierci Emmy.

Nie chciała żyć w świecie, na którym ja jestem.


Amanda Maciel pracuje w wydawnictwie od czasu ukończenia Mount Holyoke College i obecnie jest redaktorem naczelnym książek dziecięcych. W wolnym czasie pisze, biega i razem z mężem wychowuje syna. Mieszka w Nowym Jorku na Brooklynie. Tease jest jej pierwszą powieścią.

Tease to powieść, która porusza bardzo ważny, ale trudny temat. Mowa tu o przemocy psychicznej w szkole. Jest to książka oparta na prawdziwych wydarzeniach, co nieco zmieniło mój stosunek do niej, ponieważ podczas czytania towarzyszyło mi uczucie, że historia przedstawiona w Tease nie jest po prostu fantazją autorki, a książkowym przedstawieniem wydarzeń, które miały miejsce w rzeczywistości. Zabierając się za czytanie miałam świadomość tego, że temat podejmowany w książce nie jest prosty i że nie będzie to lekka i luźna lektura, aczkolwiek nie jest ona zbyt obszerna i byłam pewna, że przeczytanie jej zajmie mi maksymalnie tydzień. Jednak bardzo się pomyliłam i Tease czytałam bardzo długo, jak na książkę o takiej objętości. Bardzo ciężko przychodziło mi powrócenie do niej po odłożeniu powieści i w niektórych momentach dosłownie zmuszałam się do czytania.

Narracja została poprowadzona z perspektywy Sary. Autorka przedstawiła odczucia towarzyszące dziewczynie podczas tej trudnej sytuacji, w której się znalazła. Wydarzenia w książce zostały podzielone na te, które miały miejsce przed śmiercią Emmy, oraz te już po jej samobójstwie. Zazwyczaj kiedy w książkach przeprowadzany jest taki zabieg ciężko jest mi się połapać, co działo się wcześniej, a co dzieje się teraz, ale w Tease nie miałam z tym problemu. Poza tym, spodobało mi się, że w tej historii nic tak naprawdę nie jest czarne i białe. Emma, która popełniła samobójstwo, ponieważ była dręczona nie była wcale taka święta, a Sara, która została obarczona winą za jej śmierć nie jest do końca "tą złą".

Jest po prostu tak, jak powiedziała Brielle zaraz po całej tej aferze: Emmie udało się wyjść z tego bez szwanku. Wszyscy powtarzają: „Nie ma jej, więc nie może się bronić”. Ja natomiast jestem i to jest naprawdę do dupy. Krótko mówiąc: ktoś umiera, więc wszyscy żywi automatycznie są od razu winni.

Mam bardzo mieszane uczucia co do Tease. Z jednej strony tematyka jest bardzo trudna, a książka naprawdę skłania do refleksji. Jednak strasznie topornie czytało mi się tę powieść i miałam problemy z powrotem do tej historii. Skończyłam czytać Tease długo przed tym, jak w ogóle zabrałam się za pisanie recenzji i nie wiem właściwie dlaczego ciągle to przekładałam. Po przeczytaniu książki byłam nieco zawiedziona, ale po czasie moje zdanie na jej temat uległo zmianie. Tease to przede wszystkim bardzo wartościowa powieść i myślę, że warto po nią sięgnąć ze względu na treść. Pomimo pewnych wad, polecam.

Za egzemplarz książki i możliwość jej zrecenzowania bardzo dziękuję pani Marcie z Business and Culture oraz wydawnictwu Muza.

''Recenzja'' - Autor



Gatlin to małe miasteczko w Karolinie Południowej. Każdy zna tam każdego i generalnie niewiele się tam dzieje. Jednym z mieszkańców Gatlin jest Ethan Wate - nastolatek, który marzy tylko o tym, by w końcu wyrwać się z miasteczka. Chłopak od kilku miesięcy śni o tajemniczej dziewczynie, której nie zna i której nigdy nie spotkał. Pewnego dnia okazuje się, że nieznajoma naprawdę istnieje i wprowadza się do Gatlin wywołując przy tym niemałe zamieszanie wśród mieszkańców miasta. Od tamtej pory życie Ethana diametralnie się zmienia.

Kami Garcia jest nauczycielką i specjalistką od literatury dla dzieci i młodzieży. Ukończyła Uniwersytet imienia Jerzego Waszyngtona i od wielu lat prowadzi zajęcia czytelnicze. uwielbia magię i opowieści grozy. Margaret Stohl uwielbia literaturę amerykańską. Ukończyła filologię angielską i studiowała kreatywne pisanie pod kierunkiem George'a MacBetha, szkockiego poety i pisarza. Autorki wraz z rodzinami mieszkają w Los Angeles. Piękne Istoty są ich debiutem literackim.

Piękne Istoty wpadły w moje ręce w zeszłym roku i, co dziwne, był to przemyślany i zaplanowany zakup. Do tej pory jak o tym myślę, w mojej głowie rodzi się pytanie, dlaczego ja właściwie chciałam tę książkę? Nie mam pojęcia co skłoniło mnie do sięgnięcia po tę powieść, nie wiem też jakim cudem zmusiłam się do przeczytania jej do końca. Przebrnięcie przez tę książkę było dla mnie istną gehenną. Denerwowało mnie w niej dosłownie wszystko, od stylu pisania autorek, aż po czcionkę, która jeszcze bardziej utrudniała mi tę katorgę.

Początek książki był bardzo intrygujący. Mówiąc początek, mam na myśli pierwsze dwie strony. Po zapoznaniu się z ich treścią byłam wręcz pewna, że książka mi się spodoba. Na potem przewróciłam kartkę i było już tylko gorzej. Główna bohaterka książki to jeden wielki żart. Lena jest okropnie irytująca i infantylna i odniosłam wrażenie, że sama nie wiedziała, czego chce. Denerwowało mnie dosłownie wszystko co mówiła i robiła. Ethan zresztą, też nie był lepszy. Ta para niesamowicie działała mi na nerwy. 

Problem z akcją w tej książce polega na tym, że tak właściwie to jej nie ma. Wszystko dzieje się niesamowicie wolno, a powieść jest pełna długich, nużących opisów, które zupełnie nic nie wnoszą i niektóre fragmenty po prostu pomijałam. 
Jeśli chodzi o zakończenie, to miałam cichą nadzieję, że te ponad pięćset stron monotonii doprowadzi do jakiegoś wielkiego wow, które zachęci mnie do sięgnięcia po kontynuację, ale jak łatwo domyślić, tak nie było. Zakończenie było tak samo banalne i przewidywalne jak reszta książki. 

O Pięknych Istotach słyszałam wiele różnych opinii. Dla niektórych to piękna, nastrojowa powieść, ale dla mnie to strasznie banalna, naciągana i, nie czarujmy się, nieco kiczowata historia. Bohaterowie są nijacy i irytujący, szczególnie ci główni. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy odkładałam tę powieść i nie wiem nawet dlaczego tak się zawzięłam, żeby ją dokończyć. Chwilami miałam wrażenie, że autorki same nie wiedziały co chcą przekazać, i że nie są pewne jak dalej poprowadzić fabułę. Fantastyka to jeden z moich ulubionych gatunków, ale Pięknym Istotom mówię stanowcze nie.
 
testowy Blog Design by Ipietoon